| nyc 001 | nyc 002 | nyc 003 | nyc 004 | nyc 005 | | nyc 006 | nyc 007 | nyc 008 | nyc 009 | nyc 010 | | nyc 011 | nyc 012 | nyc 013 | nyc 014 | nyc 015 | | nyc 016 | nyc 017 | nyc 018 | nyc 019 | nyc 020 | | nyc 021 | nyc 022 | nyc 023 | nyc 024 | nyc 025 | | nyc 026 | nyc 027 | nyc 028 | nyc 029 | nyc 030 | | nyc 031 | nyc 032 | nyc 033 | nyc 034 | |
::: 2001-07-07 ::: 03:15:36 ::: New York, New York Siedzimy na Manhatanie już drugi dzień. Upper West End. Chata jakich wiele w Woody Allen'owskich filmach. Długa markiza przed wejściem, koleś do otwierania drzwi, mozajka na schodach i szeroka winda. Mieszkanie na parterze - zero światła, żarowki palą się całą dobę. Rano, żeby zakumać jaka jest pogoda trzeba włączyć TV. Z okna widać... okna - kogoś innego. Na parterze jest najtaniej, im wyżej tym drożej, im wyżej tym więcej światła. Ciągły półmrok - pełna dolina. Rano w metro a potem łazimy - Soho, China Town, Little Italy. Nocami długie rozmowy i lekka popijawa - potem włóczęgi po Broadway'u i niekontrolowane zakupy. Dni na razie bez planów. Niech się dzieje. ::: 2001-07-10 ::: 02:20:54 ::: Buffalo, NY Po 7 godzinnej podróży Greyhound'em jesteśmy w Buffalo. Podróż spokojna - lekko leniwa. Po drodze wypadek - trzy fury rozwalone doszczętnie - dym, krzyki, zakrwawiona kobieta krzycząca coś do swojej komórki. Ostatnie dni w Nowym Jorku były czystym szaleństwem. Najpierw nocny wypad na Times Square, lekkie piwo w knajpie kręcącej się wokół własnej osi -[niezła panorama na miasto]. Na ulicy mrowie ludzi - czyjeś ręce machające przez okno limuzyny - wrzask panienek i błyski fleszy - nawet nie wiem kto to był. Spałem idąc, nie mogłem się obudzić. Na drugi dzień ostra jazda dookoła miasta - czarny Harlem, żydowski Williamsburg i polski Green Point na Brooklyn'ie. Na zakończenie grill na dachu czternastopiętrowego domu. Panorama Manhatanu - lekkie piwo i całkiem polskie mięsko - dachy domów, drewniane beczki na wodę, schody przeciwpożarowe, samoloty nad nami, samochody pod nami. Buffalo przyjęło nas gorąco. Piękne słońce i impreza na ulicach śródmieścia. Meghan czekała na nas z kolacją. Odpoczywamy i zachwycamy się atmosferą ich domu. Tom to luzak, Meghan to dziecko kwiat - ich córeczki to dwa boskie paciorki. Chłoniemy atmosferę i z każdą chwilą oddalamy się od Nowojorskiego tempa. Uwielbiam tą zaściankową Amerykę. Magda słucha płyt, Meghan krząta się po ogrodzie - nie chce mi się stąd zabierać. ::: 2001-07-11 ::: 07:20:13 ::: Buffalo, NY When you come to America, what you need to know is that when you introduce yourself, you say "Hello, my name is...." in this case "Mirek" or "Magda" and every American you meet will answer "we love you Mirek" or "We love you Magda." It's just the American way. It's how we are as a nation, as a people and as individual human beings. "We love you, all you Polish people." Thank you so much for having sent us your Prince and Princess. I am very proud that we took them up in an airplane over Niagara Falls and they have lived to tell the tale. without reading what my wife has written i feel the need to express my gratitude for A. the loan of the polish culture to my limited american experience for the last few days, or has it been weeks they have been here, and B, the willingness of my friends to take our children with them on this trip and then on to the flooded city where we shall meet them next may please learn the buffalo (bleu fleu) mating call from our friends, it is multipurpose in that it scratches the itch-- please feed our lovely lady and grow some grey hair on our man who of you dares to come stay with us next.... our doors are open we love to entertain our neighbors so please, come next, the chicago blues go white and red .......good eve...... new friends ::: 2001-07-12 ::: 22:57:57 ::: McHenry, IL Po 12 godzinach jazdy dotarliśmy do Chicago. Jazda całkiem miła - kierowca Greyhound'a z serii tych wesołków, którzy każdy komunikat muszą obrócić w żart. "Nie ma palenia w tym autobusie. Jeśli jednak bardzo chcesz zapalić, [co mogę zrozumieć] to znajdź sobie towarzysza, bo będzie ci nudno gdy sam będziesz musiał maszerować na piechotę do Chicago." Ostatni dzień w Buffalo był wielkim wydarzeniem. Przyjaciel Toma wynajął małą awionetkę i zabrał nas nad Niagarę. Lot nad wodospadem zapierał dech w piersiach. Mam nadzieję, że fotki oddadzą choć 10% z tego co widzieliśmy. Od wczoraj siedzimy na kolejnej amerykańskiej suberbii - tym razem trochę mniej odjechanej. Rodzina, duży dom, dwa psy, dwa samochody, dwoje nastoletnich dzieci zapatrzonych w telewizor, gwiazdy rocka i uwielbiających spędzać czas w centrach handlowym. Mam wrażenie, że doświadczamy właśnie prawdziwej Ameryki - klasy średniej żyjącej na obrzeżach dużych miast. Bardzo tęsknimy za Meghan, Tom'em i dziewczynkami. ::: 2001-07-14 ::: 05:31:00 ::: McHenry, IL - Travolta style. Lekka podróż w czasie. Wybraliśmy się do kina dla zmotoryzowanych. Dwa filmy pod rząd za 5 $ od osoby. Film AI - treść nie zbyt istotna, [mam wrażenie, że Spilberg ostatnio jedzie na LSD], ale miejsce totalne! Plac, kasy, bar, glośniki wyglądają jak w latach 60. Jedyna rożnica to współczesne fury na placu. Pelna nostalgia. Samochody stoją w rzędach na lekkich pagórkach, głośniki przyczepione do drzwi. Największy max to reklama między filmami, zapraszająca widzów do odwiedzenia baru - kolorowa kreskówka - obecna tu od 40 lat. Można ją zobaczyc w filmie z Travoltą - GREASE. [parówka tańczy na podeście jak tresowane zwierzę, następnie wskakuje do bułki] Zaobserwowane modele ogladania filmów w samochodowym kinie ;-) ::TRUCK - parkujesz tyłem do ekranu, rozkładasz się na paczce i oglądasz na leżąco. ::VAN - parkujesz tylem, otwierasz klapę i kładziesz się w środku. ::FAMILY - zwozisz całą rodzinę na plac, rozstawiasz krzesła, żarcie i robisz sobie filmowy piknik. ::PROCREATION - parkujesz kilka rzędów za innymi, zostajesz tam do końca i na pewno nie oglądasz filmów. ::TRAVOLTA - korzystasz z samochodu osobowego i siedzisz w fotelach. Jest też kilka mutacji tej wersji - możesz siedzieć na masce lub na dachu - w wersjach kabrio siedzisz na bagażniku. ::: 2001-07-18 ::: 03:54:26 ::: McHenry the hard way. Ruszając w drogę postanowiliśmy pobyć trochę dłużej w każdym z miejsc, aby choć trochę zasmakować życia naszych gospodarzy. Każde zbliżenie się do ich normalnego egzystowania było dla nas przygodą - ich myśli, reguły postępowania, poglądy na świat, sposób życia itp. Ostatnia sobota w McHenry zbliżyła nas trochę za bardzo do tego co jest tutaj tak częste. Pojechaliśmy do Jessie na imprezę z okazji zakończenia szkoły średniej. Dużo jadła, niewiele alkoholu, rodzinna atmosfera - przyjęcie w ogrodzie, słodko, miło i nijako. Poznaliśmy tam kilku starszych kolegów Jessie. Odsiedzieliśmy swoje i w drogę. Była z nami Frann, która właśnie szkoli się do pracy w zespole ratunkowym straży pożarnej - zawsze nosi przy sobie mały radio-pager nadający wezwania do wypadków. 5 minut po naszym wyjeździe Frann odebrała komunikat, że na drodze, z której wyjechaliśmy był wypadek. Wezwano helikopter co oznaczało - lot po zycie. Nazajutrz dowiedzieliśmy się, że byli to koledzy Jessie. Wyjechali swoją wypasioną Corvettą na drogę i zaczęli ścigać się z TransAm'em. Policja odtworzyła wydarzenia z wiadomości jaką Aaron zostawił swojej siostrze na komórce [właśnie jechał odebrać ją z innej imprezy]. Nagranie brzmiało tak: "Właśnie ścigamy się z czerwonym TranAm'em, mam wrażenie, że Jason zaraz nas zabije" Ilość alkoholu we krwi Jasona przekroczyła dwukrotnie dozwolony limit - odpowiada za zabójstwo. Jego bliski przyjaciel Aaron nie żyje. Poznaliśmy go w dniu jego śmierci - miał 21 lat, dużo planow i ch...... ::: 2001-07-19 ::: 17:43:08 ::: Vashon Island, WA Od 4 dni siedzimy już na zachodnim wybrzeżu. Mieszkamy na małej wyspie niedaleko Seattle. Wyspa cudowna - cisza, spokój, pełno hippisów i dzikiego zwierza. Przez dwa dni nie opuszczaliśmy Vashon - istny raj. Wczoraj Seattle w jeden dzień. Amazon.com, Real Networks, Cisco Systems, Space Needle i Pike Place Market. Miasto wymarzone do spokojnej pracy - ludzie jacyś inni, pogoda trochę jak w Gdańsku - słońce i lekki wiaterek. Lokalni utrzymuja wersję, że miasto jest ciągle zachmurzone i wiecznie pada, aby zbyt wielu kalifornijczyków tu nie przyjeżdżało. Największym maksem była wyprawa pod miastem. Seattle zostało kiedyś podniesione o jeden poziom, dzieki temu pod ziemią jest drugie miasto - chodniki, witryny sklepowe itp. Dziś jedziemy na dwudniowy wypad - wulkany Mt.Rainier i Mt. St.Helens. ::: 2001-07-22 ::: 08:12:00 ::: San Francisco, CA Kolejny etap za nami. Dziś rano pobudka o 3:45 i krótki lot do Oakland - potem krótki przejazd do Hayward - tu mieszkamy. Od popołudnia szwędamy się po ulicach Frisco. Dużo słońca i chłodno. Promy na Alkatraz wysprzedane aż do następnej niedzieli. Sklepiki, trzęsące się kino, morskie żarcie i inne turystyczne pierdy. Nie udało nam się załapać na Burning Man Party - za późno się dowiedzieliśmy. Takie wtopy wykonujemy już od Seattle - zabrakło biletów na koncert Counting Crows, nie zdobyliśmy wartych fortune biletów na mecz Mariners, a Peter Gabriel zagra na zlocie WOMAD już za kilka dni - tyle, że nas tam już nie ma. Ostatnie dwa dni w okolicach Seattle to podróż po wulkanach. Miejsca piękne i dzikie, tylko, że za każdym razem gdy docieraliśmy pod szczyt to właśnie wtedy chmury zakrywały go doszczętnie. Nie dane nam było, ale jestem uradowany ponieważ podeszliśmy dosyć blisko lodowca. ::: 2001-07-25 ::: 04:26:48 ::: Hayward, CA Dlaczego ostatnie dni naszych przystanków zawsze muszą być bardziej emocjonujące od innych? Tuż przed opuszczeniem San Francisco wzięliśmy samochód od Judy [nowy garbus VW] i pojechaliśmy obejżeć most Golden Gate. Po udanej wycieczce zatrzymaliśmy się na obiad. Po posiłku okazało się, że nasz samochód został odholowany na miejski parking. Po kilku psychicznych telefonach ustaliliśmy gdzie on jest i jak można go odzyskać. Złapaliśmy taxi i dawaj na drugą stronę miasta. Cena za parkowanie to 145 USD - uaaa rewelka ! Na dodatek zaczęło nam brakować czasu na powrót do domu - nasz samolot odlatywał za 3 godz. Wg. zapewnień taximana nie mieliśmy szans. Udało nam się jednak szybko wydostać na autostradę do San Jose i od dupy strony wyjechaliśmy z San Francisco. Na samolot załapaliśmy się bez stresu, ale było gorąco! ::: 2001-07-25 ::: 04:28:08 ::: Las Vegas, NV Od wczoraj balujemy w Vegas. Hazard, knajpy, upał, margharita i niewiarygodne dzieła architektoniczne - niewiarygodny rowież blichtr i bezguście - rozwaliło nas jedno z najnowszych kasyn, Venetian - złoto cieknie ze ścian, trudno opisać - gondole pływają na drugim piętrze, a w środku plac Św. Marka i weneckie uliczki ze sklepikami i restauracjami. Jutro z rana zabieramy samochód i jedziemy do Grand Canyon. ::: 2001-07-30 ::: 21:21:44 ::: Grand Canyon Colorado Wypad do Grand Canyon był extra - udało nam się wypożyczyć samochód marzeń Chrysler PT Cruiser, autko po prostu cudo - jazda była tylko przyjemnością. Droga zajeła nam około 7 godzin z drobnymi przystankami. Po drodze zatrzymaliśmy się na Hoover Dam, upał był nie do zniesienia. Dojechaliśmy na miejsce akurat na zachód słońca. Kanion mienił się dziesiątkami barw od żółci do czerwieni. Obfita kolacja, nocka w motelu i cały dzionek jazda po wschodniej krawędzi kanionu. W drodze powrotnej przystanek na stacji dla Trucker'ów. Jadła dużo za dużo i kelnerka Indianka - Cheeroke. Od słowa do słowa i okazało się, że ma męża Polaka, ale kawał z niego złamasa, więc ona nic nie wiem o Polsce. Zaprosiliśmy jej córke do nas, niech sobie dziecko kraj tatusia zobaczy. Kolejny wieczór w Vegas rownież nie przyniósł wygranej - za to motel, w którym wylądowaliśmy był najbardziej zapadłą dziurą w jakiej dotychczas koczowaliśmy. ::: 2001-07-30 ::: 22:28:31 ::: ELVIS - Graceland, Memphis Po drodze na Florydę zatrzymaliśmy się na dzień w Graceland. Elvis jest nadal żywy, tylko porwali go kosmici. Zagadaliśmy chwilę z kierowcą mikrobusa, który wozi gości do domu Elvisa - dziś było tam ponad 3000 ludzi, ale to nic, szał się zacznie około 16 sierpnia w rocznice śmierci. Cała ulica będzie zamknięta dla ruchu. Wizyta w domu Króla, przybliża go bardziej jako normalnego kolesia z południa, któremu sie udało. Na przeciwko domu sklepy typu "wszystko Elvis": solniczka z Elvisem, talerze z Elvisem, futerał z Elvisem, gitara z Elvisem, szklana kulka z Elvisem, magnesy na lodówkę z Elvisem, lalka Elvis z zetawem odzieży do zmiany, bokserki w Elvisy, piżama w Elvisy, długopis z pływającym w żelu Elvisem, wygaszacz z Elvisem, mousepad z Elvisem, oraz miliony koszulek, zdjęć, płyt, bryloczków, wisiorków, pierścionków itp. oczywiście wszystko z Elvisem. ::: 2001-07-30 ::: 22:33:51 ::: Hobe Sound, Florida Po Elvisie w samolot i nocny lot do Miami - lądowanie w nocy zawsze jet ciekawe, najpiękniejszy nocny widok mieliśmy nad Vegas. W Miami znowu wylądowaliśmy w obskurnym motelu - rano robale w zlewie i jakaś awantura po hiszpańsku - witamy na Florydzie!. Zabraliśmy plecaki i po paru godzinach byliśmy w Hobe Sound. Wandy samochód całkowicie zdemolowany jakieś pajacyki próbowały go ukraść. Na dzień dobry przesiedzieliśmy kilka godzin w barze Sushi - jak twierdzi Burton: "życie jest za krótkie, aby unikać sushi" Po zmroku poszliśmy się kąpać w oceanie. Lekka fala przybojowa targała nami jak zwłokami - czasem czułem się jak w mikserze. Trochę mi opalenizna z pyska zeszła kiedy przeoralem piasek na dnie parę razy. Dwie godziny w gorącej wodzie przy prawie pełnym księżycu - total MAX. Na razie odpoczywamy od naszych wakacji - za duże tempo ostatnio było, teraz luzik - browarek, słońce i tostitos. | WASOWICZ.net | |